1937-1960 - RODZINA SKROBACKICH

Leszek Skrobacki: Życie  na ul. Czarodziejskiej w latach 1937–1960
(relacja spisana przez ks. dr. Roberta Bielenia dla portalu www.losiowkasdb.pl) 

Nazywam się Leszek Skrobacki. Urodziłem się 1 kwietnia 1932 r., na ul. Emaus 32 w Krakowie. Była to mała chatka nad Rudawą. Jedna izba z piecem do gotowania. Do ustępu chodziło się do tzw. sławojki. Pamiętam, że Rudawa była czystą rzeczką, w której pływały ryby. Jak mama miała robić pranie, to ojciec wkładał drewnianą balię do rzeczki, aby nasiąkła wodą i można było zrobić pranie.

Ojciec był piekarzem w Krakowie, ale bez stałego zatrudnienia. Matka jako panna pracowała w drukarni, potem cukierni. Po wyjściu za mąż zajmowała się domem. Rodzice mieli nas trzech: mnie oraz dwóch młodszych braci, Eugeniusza (zmarł w 2000 r.) i Macieja.

W tamtym okresie było bardzo trudno o wynajęcie mieszkania. Mogli na niego liczyć głównie osoby pracujące na państwowych posadach – urzędnicy, kolejarze, listonosze. Jednak ojciec potrafił załatwić odpowiednie mieszkanie. I tak przeprowadziliśmy się do Dębnik, na Osiedle Robotnicze, do bloków, które wtedy były spółdzielcze. Był to rok 1937. Nasz ubogi sprzęt przewoziliśmy na sankach przez zamarzniętą Wisłę na wprost Łosiówki. A w lecie w tym miejscu była przeprawa łodzią. Przewoźnikiem wtedy był pan Mirocha i drugi nazywany „Gruby Bill”. Przejeżdżali ludzie do pracy, młodzież, księża. Płaciło się parę groszy. Jak Wisła była wysoka, to było duże ryzyko przejazdu. Czasami w łodzi było po 20 osób.

 Zamieszkaliśmy przy ówczesnej ul. Czarodziejskiej pod nr 54. Najpierw na parterze w pierwszej klatce pod nr 2, a potem piętro wyżej, pod nr 4. W mieszkaniu było ciasno. Miało ono 36 m2. Był większa kuchnia z piecem kaflowym, która służyła do spotkań rodzinnych. Był mały pokoik do spania. Była też toaleta dla naszej piątki. Po krótkim czasie wszyscy mieszkańcy znali się znakomicie. Każdy wiedział o każdym prawie wszystko.

Wisła była bardzo czysta. Pływały po niej galary, które wydobywały piasek na sprzedaż do budownictwa. W zimie rzeka zawsze zamarzała. Jeździliśmy na łyżwach wzdłuż brzegu aż do Tyńca. Również przez zamarzniętą rzekę przechodziliśmy na Kopiec Kościuszki, aby tam jeździć na nartach. W miejscu, gdzie obecnie jest przyczółek mostowy, była ziemianka, w której mieszkał tzw. Dolinarz (jak żeśmy go nazywali) ze swoją rodziną. Dla nas to była pewna sensacja. W czasie wojny Niemcy chodząc tu na spacery robili im zdjęcia żeby pokazać, jak tu się w Polsce mieszka.

Zacząłem chodzić do szkoły podstawowej na ul. Barskiej, w 1940 r. Ale stamtąd szybko wyrzucili nas Niemcy i stworzono szkołę w Ośrodku „Tęcza”. Wszystkie 6 klas ukończyłem w tej szkole. Szkołę prowadził kapitalny dyrektor Leon Patyna. Był człowiekiem interesującym się kulturą, sztuką. Rodzice posłali mnie do niego na naukę gry na skrzypcach. Dyrektor, jako przedwojenny patriota, organizował lekcje gry na skrzypcach dla 2–3 osób. Mieszkał on na ul. Madalińskiego, na parterze, gdzie dysponował świetnym fortepianem, na którym ćwiczył np. syn Feliksa Nowowiejskiego. W święta narodowe graliśmy hymn Polski i inne pieśni patriotyczne. Czasami wojsko niemieckie przechodziło obok śpiewając „Haili hailo” i wtedy przerywaliśmy granie i śpiewanie, aby nas Niemcy nie usłyszeli. Pomagała mu w wychowaniu dzieci jego żona Helena, która zginęła w czasie jednej z pacyfikacji. Także w domu prowadził jakby drugą szkołę.

W czasie wojennych zim szkoła była często zamknięta, nawet na miesiąc, z powodu braku opału. Wtedy dzieci oczywiście cieszyły się, że mają wolne i korzystały z atrakcji zimowych – sanek, łyżew, nart. Do naszej szkoły chodziły dzieci z Pychowic, Kostrza i Bodzowa oraz  dzieci z Zakładu Wychowawczego dla chłopców prowadzonym przez albertynów przy ul. Tynieckiej 18., w pałacyku. Chłopcy ci mieli wszyscy sztruksowe, brązowe ubrania. Jednego razu byłem z naszym dyrektorem na Jasełkach,  które były przedstawianie w postaci teatrzyku kukiełkowego. W pewnym momencie dzieci te znikły ze szkoły i z Zakładu. Wtedy nie rozumiałem tego, a po wojnie dowiedziałem się, że zostali gdzieś przesiedleni.

Życie na Dębnikach w czasie II wojny było bardzo ciężkie. Ojciec pracował w piekarni na ul. Bosackiej, którym zarządzali Niemcy. Pieczono tam chleby przeznaczone na front, owinięte w celofan. Czasami ojciec przynosił ten bochenek do domu, bo dostawał go jako deputat. Mama uprawiała działeczkę, abyśmy mieli coś do jedzenia. Albowiem każdy z mieszkańców bloków miał wąski kawałek ziemi, które starannie wykorzystywano na uprawę warzyw, w tym ziemniaków.

Przeżyliśmy kilka pacyfikacji. Wyglądało to w następujący sposób. Niemcy zjawiali się rano, gdy ludzie jeszcze spali. Otaczali całe osiedle. Przez głośniki zapowiadali, że wszyscy mężczyźni mają wyjść. Następnie leżeli oni wzdłuż ulicy, z głową na krawężniku, z rękami na głowie. W domach w tym czasie odbywały się rewizje. Niemcy kazali zamykać okna. Ja tych rozkazów nie rozumiałem, bo nie znałem niemieckiego. Podczas jednej z pacyfikacji zostałem sam z młodszym, jednorocznym bratem. Byłem schowany pod oknem, a żołnierz walił bagnetem we framugę okna. Bojąc się bardzo, przypominałem sobie słowa rodziców, że żołnierze dla odwagi pili wódkę. Akurat obok była szafka z wódką, więc wypiłem jej kilka łyków i tak wytrzymałem.

Podczas jednej pacyfikacji dużą grupę mężczyzn – ok. 40–50 osób – aresztowano i kazali im iść pieszo ul. Czarodziejską w kierunku wałów z rękami nad głową. Za nimi jechała ciężarówka wojskowa z karabinem maszynowym. Zabrano ich do tzw. obozu Libana, gdzie był kamieniołom. Jednego razu aresztowano też ojca, ale się wyratował, bo pracował w piekarni, która piekła pieczywo na front dla wojska. Ojciec znał język niemiecki, bo chodził do szkoły w Inowrocławiu i to mu pomagało przetrwać wojnę.

My młodzi chodziliśmy całymi gromadami. Jednego dnia, pod koniec wojny, nasza grupa poszła za bloki w kierunku fabryczki łańcuchów rowerowych (obecnie na jej miejscu znajduje się hotel „Petrus”). Wtedy zobaczyłem zastrzeloną osobę oraz że Niemcy przez jedno okno wyrzucali jakiś dobytek. I dowiedziałem się, że w tej fabryczce był na piętrze zamurowany pokój, w którym żyła jakaś rodzina żydowska. Mieli oni do dyspozycji to okno, przez które wychodzili nocami po jedzenie. Do nas z kolei w czasie wojny przychodził sporadycznie jeden Żyd, znajomy ojca sprzed wojny. Ukrywał się on gdzieś na mieście. Rodzice wspierali go dając mu zawsze coś do jedzenia, ewentualnie jakieś ubranie.

W 1945 r. przyjechali sowieci ze swymi rodzinami. Niektóre mieszkania trzeba było opuszczać i oddać im do spania. Zaprzyjaźniłem się wtedy z jednym chłopcem rosyjskim. Jak oni odjeżdżali, to dałem mu na pamiątkę swoje zdjęcie. Tyle, że to było zdjęcie z I Komunii. U rodziców dziecka to zdjęcie wywołało panikę i szok. Matka jego pobladła.

W latach 50–tych zaczęła się dobudowa drugiego piętra na wszystkich blokach, co robiono sukcesywnie. Mieszkania te wybudowano bowiem dla rodzin żołnierzy oraz milicjantów czy też innych służb. Dotychczasowi mieszkańcy niechętnie się do nich odnosili oraz bali się tych przybyszów. Ci nowi mieszkańcy byli niechętni do Kościoła. Choć były i wyjątki. Jeden z żołnierzy, być może oficer lub podoficer, demonstracyjnie chodził zawsze do kościoła w mundurze. W tamtych czasach wybudowano też kasyno oficerskie oraz sklep spożywczy. Wtedy pojawił się też autobus, który był często przepełniony. Czasami musiałem jeździć na zderzaku autobusu, trzymając się różnych uchwytów.

W okresie powojennym było też kilka barwnych postaci. Charakterystyczną osobą tamtych czasów był działacz partyjny Karczewski, który organizował mężczyzn i młodzież. Politykował z nimi na ulicy robiąc jakby wiece. Po nich, reklamując się, chodzili oni wzdłuż ulicy i śpiewali pieśni polityczne, jak np. „My z ZMP reakcji nie boimy się”. Organizował też akcje przeciw katolikom, m.in. stając na drodze i obserwując, kto idzie ścieżką do kościoła. W ośrodku „Tęcza” pewnego razu pojawił się jazzman, ojciec Andrzeja Zauchy. Zawsze podśpiewywał, gwizdał i robił dużo zamieszania, jak np. wieczorki taneczne i inne zabawy.

Ja na blokach mieszkałem do 1960 r., a potem bywałem już tylko okazjonalnie u rodziców.


Leszek Skrobacki: Życie  na Łosiówce w latach 1937–1960
(relacja spisana przez ks. dr. Roberta Bielenia dla portalu www.losiowkasdb.pl)

Salezjanów poznałem jako dziecko przychodzące z rodzicami do kaplicy w seminarium. Niekiedy był tam tłok, więc staliśmy na schodach. Przychodziły tu też duże grupy ludzi z Pychowic, Kostrza i Bodzowa. Część z nich przychodziła boso. Do Komunii byłem w kościele w Dębnikach. Katechetą był bodaj ks. Zalewski, który nas przygotował w szkole do przyjęcia I Komunii św. Salezjanie w tamtych czasach mieli spore gospodarstwo, które uprawiali. Tak było jeszcze po wojnie.

Z okresu wojny utkwiły mi w pamięci takie obrazy. Jednego razu na przełomie wiosny i lata, prawdopodobnie w 1944 r. (lub 1943 r.), z rana (ok. 7.00), żołnierze Niemieccy urządzili polowanie na ludzi wracających z kaplicy. Strzelali do staruszków. Zabito ok. 7–9 osób. Jedną z tych osób był pan Polus, który prowadził budkę z lemoniadą i wodą. W tamtym czasie mówiło się idąc do niego, że idzie się na „krachle”. Pamiętam ich leżących wzdłuż ścieżki do seminarium i ich woskowe twarze oraz dziury w skroniach. Widocznie strzelali snajperzy. To budziło we mnie jako dziecko przerażenie i widzę to do tej pory. Wtedy też Niemcy zastrzelili Helenę Patynę w pobliżu skałek, wcześniej każąc jej biegać i strzelali do niej dla zabawy. W tym czasie moja mama okopywała ziemniaki na działce (obecnie jest tam DPS) i była tam razem z moim bratem Gienkiem. Przeżyli tylko dlatego, że schowali się w bruzdach przed świszczącymi kulami.

Dzięki zasłyszanym na blokach rozmowom dowiedziałem się, że księży dotknęły różne szykany (np. „naloty” na seminarium), a niektórych z nich aresztowano. Katechezę miałem w szkole, w budynku przy ul. Czarodziejskiej 52. Katechetą był ks. Zalewski. Tam też przygotowałem się do I Komunii, którą przeżyliśmy w kościele na Dębnikach w czerwcu 1942 r. Kościół wtedy nie był jeszcze otynkowany. W tym czasie dowiedziałem się o sprawie mordu w Katyniu. Bowiem jednym z nauczyli był uciekinier z Katynia, pan Żulikowski.

Salezjanie mieli swój duży ogród i hodowali warzywa i owoce, a także mieli inwentarz żywy. Wydaje mi się, że byli wtedy gospodarczo samowystarczalni. I dzięki temu pomagać najbiedniejszym. Bowiem w czasie wojny była ogromna bieda, dlatego rodziny biedne, w tym wielodzietne, nie mogłyby przeżyć bez pomocy Kościoła. W dziele pomocy salezjanów wspierali też niektórzy mieszkańcy z naszego osiedla. Nasza sąsiadka pani Różańska musiała współpracować z salezjanami, bo w jej drzwiach czasami widziałem kartki z pozdrowieniami świątecznymi od salezjanów, w którym nazywana była „dobrodziejką”.

Bardziej salezjanów poznałem już po wojnie jako harcerz. Był to 1945 r. lub 1946 r.  Drużyna harcerska powstała przy naszej szkole. Była to 9. Drużyna Hufca Podgórskiego i nosiła imię hetmana Żółkiewskiego. Ale tam nie było warunków do działalności, bo nie mieliśmy np. harcówki. Dlatego bardzo szybko została ona przeniesiona do salezjanów, do budynku oratorium. Tam powstała oddzielna harcówka na parterze. W budynku też była świetlica do zabawy. Druga część drużyny funkcjonowała przy szkole na Dębnikach, gdzie tamtejsi harcerze i harcerze z Zakrzówka mieli swoją harcówkę.

Byłem kronikarzem i odpowiedzialnym za prace plastyczne. Jednego razu księża kazali mi zrobić witraże z papieru do harcówki, m.in. św. Jerzego ze smokiem. Innego razu mieliśmy wizytację ks. kard. Sapiehy. Mnie zlecono zrobić laurkę w formie pergaminu. Ciężko było połączyć dwie kartki, więc uciąłem mamie sznurki od stanika. Gdy księża to zobaczyli, powstał u nich wielki popłoch i to zmienili. Grałem na skrzypcach w orkiestrze w ramach przedstawień (Męka, Jasełka czy uroczystości okolicznościowe), śpiewałem też w chórze. Jednego razu był na występie kard. Hlond, który miał wielki pierścień na palcu (co mnie rozpraszało w graniu).

Pierwszym drużynowym był ks. Mikołaj Płoski. Ostatnim był ks. Władysław Nowak, późniejszy proboszcz w Pychowicach. Pomagali im m.in. ks. Skiba, ks. Ciesek St. (?). Jednym z kolegów w moim zastępie był Jan Palusiński, późniejszy salezjanin. Często braliśmy udział w różnych uroczystościach kościelnych na Dębnikach lub tutaj, na Łosiówce.

Myśmy byli jeszcze przedwojennym harcerstwem, bo księża mieli stopnie harcerskie sprzed wojny. W wakacje jeździliśmy na obozy w różne miejsca – Tymbark, Zawoja i ostatni wyjazd do Muszyny, do przysiółku Folwarku (nad samą granicą). Tych obozów było 5–6. Potem nastąpiła komunistyczna tzw. reforma harcerstwa i salezjanie nie mogli już w ogóle pracować z młodzieżą.

W latach 60–tych, zaangażowany przez ks. Skibę, przychodziłem do seminarium ćwiczyć razem z klerykami grę na skrzypcach. Było to w niedziele, najczęściej ok. godz. 11.00. Przez te wszystkie lata przychodzę dalej z sentymentem do kościoła na Łosiówkę zamawiając tutaj msze św. za rodzinę, w tym za mamę, której tu był kościół.

Z kolegami z drużyny spotykamy się nieustanie od lat, a zwłaszcza od okresu stanu wojennego i „Solidarności”. Wydarzenia te bowiem stały się impulsem do ponownej naszej integracji. Z tym że, po śmierci ks. Nowaka i dużego grona kolegów, tych spotkań jest już bardzo mało. Z perspektywy czasu widzę, że było wielkim szczęściem, że poznałem salezjanów i mogłem tu bywać. Mogę powiedzieć, że kontakty z salezjanami ukształtowały mój charakter, m.in. chroniąc mnie od różnych nałogów. Dzięki temu w okresie „Stanu wojennego” byłem przewodniczącym „Solidarności” w Operze krakowskiej. Również dzięki temu środowisku przez całe moje życie rozwijałem zainteresowania muzyczne i plastyczne. Grałem w różnych miejscach, a także byłem nauczycielem w szkołach muzycznych, łącznie z Wyższą Uczelnią Muzyczną.

Zdjęcia przeznaczone na stronę przedstawiają życie mojej rodziny na blokach, część na naszej działce, a kilka w czasie rekreacji (na „Emaus”, majówce Zielonych Świątek w Lesie Wolskim, na Skałkach Twardowskiego). Pojedyncze zdjęcia przedstawiają I Komunię w Dębnikach, mają klasę przed szkołą w „Tęczy”, piekarnię ojca, wycieczkę do Kostrza pod górkę „Wielkanoc”, wypoczynek nad Wisłą oraz ks. Płoskiego z Janem Pawłem II.


(Kliknij na zdjęcie, aby powiększyć)