1936-2018 – RODZINA WROCHNIAKÓW

Dębniczanka i duchowe dziecko salezjańskiej Łosiówki

Moja rodzina od pokoleń związana jest z Dębnikami. Pradziadkowie mieszkali na Zakrzówku, na ul. Salezjańskiej. Do tej pory zachował się ich dom. Pradziadek służył w armii austriackiej, albowiem był to okres zaboru austriackiego. Moja babcia Zofia z domu Matuła już wtedy chodziła do szkoły wydziałowej żeńskiej nr 30 w Dębnikach. Jak na tamte czasy dzieci były dobrze wykształcone biorąc pod uwagę ilość lat i ilość przedmiotów, które były obowiązkowe w galicyjskiej szkole. Ze wspomnień babci wynika, że większość rodziny zamieszkiwała rejon Dębnik. Np. jej siostra Wanda mieszkała w pięknej kamienicy otoczonej przepięknym ogrodem dokładnie w miejscu dzisiejszego banku przy ul. Kapelanka. Posesja dochodziła do kapliczki pw. Trójcy Św. przy zbiegu ówczesnych ulic Dworskiej i Twardowskiego.

Życie duchowne rodzin początkowo skupiało się przy kaplicy pw. św. Apostołów Piotra i Pawła przy ul. Madalińskiego, gdzie były ówcześnie odprawiane msze św. Nabożeństwa majowe odprawiano przy kapliczce pw. Trójcy Św. Kiedy powstał przy ul. Konfederackiej drewniany kościół w Dębnikach (przeniesiony w 1920 r. z innego terenu), to tam przeniosło się życie parafian. Ze wspomnień mojej babci wynika, że kobiety były zwłaszcza uczestniczkami Sodalicji Maryjnej, a panny i mężatki nosiły feretrony podczas procesji i uroczystości kościelnych.
Po wyjściu za mąż za Franciszka Wrochniak babcia Zofia z mężem, a potem z dwiema córkami Heleną i Wandą, najpierw zamieszkali na ul. Asnyka. Kiedy tylko w 1936 r. powstały nowe bloki przy ul. Czarodziejskiej (dziś ul. Praskiej), wprowadzili się do nich jako jedni z pierwszych mieszkańców. Większość mieszkańców powstałego w ten sposób Osiedla była członkami prężnie działającej Spółdzielni Zagroda, która miała siedzibę w tzw. Domu Społecznym (obecnym budynku kina Tęcza i siedziby MOPS). Spółdzielnia ta z wypracowanych przez siebie środków budowała kolejne bloki. Przy Domu Społecznym kwitło kreatywne życie mieszkańców jako wspólnoty. Mieścił się tam teatr, w którym wystawiano wspólnie sztuki w oparciu o literaturę klasyczną. Były tam koła tzw. kooperatystek, w których panie haftowały, wyszywały i dzieliły się różnymi umiejętnościami.
Bloki były jednopiętrowe i każda rodzina wraz z mieszkaniem otrzymała działkę. Po Domu Społecznym to działki, o które mieszkańcy bardzo dbali, stały się przestrzenią spotkań wspólnotowych mieszkańców bloków. Mieszkania właściwie wykupywało się za wkład finansowy w spółdzielni. Później zaczęły obowiązywać inne zasady przydziału. Np. osoby zasłużone w Legionach Piłsudskiego też mogły tam zamieszkać. Większość mieszkańców miała tzw. posady urzędnicze. Z tego powodu wszystko na osiedlu było zadbane oraz powstawały tu więzi sąsiedzkie i przyjaźnie. Przed wojną moja matka była uczennicą Szkoły Żeńskiej przy ul. Konopnickiej, gdzie jej katechetą był salezjanin ks. Wojciechowski. Z sentymentem wspominała też innego salezjanina, ks. Stanisława Domino. W moim bloku rodzinnym nr 63 żyło według mej pamięci wiele nobliwych rodzin - między innymi państwo Bieleccy, Czaplikowie, Kłeczkowie, Malczykowie, Mostowikowie, Palusińscy, Płatkowie, Richterowie, Rosołowie (później i Wylęgałowie), Wrochniakowie (moi dziadkowie), Zielińscy, Żelazo. Wymieniam tych których znałam i którzy według mojej pamięci wspólnie wspomagali się w przeżyciu wojny.
Mój dziadek w czasie wojny pracował na ul. Zwierzynieckiej w piekarni swojej rodziny czyli u Magierów. Dzięki temu dostępny był dla mojej rodziny i ich sąsiadów chleb. Z kolei jak wynika ze wspomnień mojej babci, sąsiad p. Kłeczek ryzykując wiele jeździł na rowerze do Izdebnika po zaopatrzenie w produkty rolne i mięso dla swojej rodziny i sąsiadów. A kolejny sąsiad p. Rosół pracował w Zakładach Monopolowych i otrzymywał jako zapłatę deputat spirytusu, który był walutą wymienną na różne produkty. Moja matka Helena, aby nie zostać wywieziona do Niemiec na roboty przymusowe, a mając kwalifikacje do pracy księgowej została zatrudniona jako księgowa przez Niemców w przejętej przez nich Spółdzielni Zagroda. Ówcześnie biura mieściły się po prawej stronie budynku, gdzie dziś ma siedzibę przedszkole.
Tereny Spółdzielni Zagroda i drożdżowni, które przylegały do skałek Twardowskiego, zostały zarekwirowane jako zaplecze żywnościowe dla niemieckich żołnierzy. Były tam hodowane świnie i krowy na kontyngenty, które Niemcy kolczykowali. Groziła utrata życia za rozchód niezakolczykowanych sztuk. Ale ze wspomnień mojej matki wiem, że mimo wszystko Polacy tam pracujący zaopatrywali stamtąd Kurię krakowską w mięso. W jaki sposób? Ponieważ kardynał Adam Sapieha cieszył się ogromnym szacunkiem wśród okupanta, jedynym polskim powozem, którego nigdy Niemcy nie kontrolowali, była dorożka kardynała. Stąd tą dorożką, w sposób bezpieczny, z ul. Czarodziejskiej jeździły „niekolczykowane”, „ukryte” warchlaki do kurii.
Trzeba też dodać, że w czasie wojny na Osiedlu przy ul. Czarodziejskiej byli ukrywani powstańcy warszawscy, którym udało się uciec ze stolicy. Tutaj również funkcjonowała tajna drukarnia. Od prasy tam wydawanej po wojnie zmieniono nazwę ulicy z Czarodziejskiej na Praską. Szkoda, że zniknęła tablica pamiątkowa o tym mówiąca, która była zawieszona na bloku nr 53. Ze wspomnień mojej rodziny wiem, że w czasie nalotów w ciągu całej wojny wszyscy mieszkańcy siedzieli w piwnicach znajdujących się pod mieszkaniami. W styczni 1945 r. wycofujące się czołgi i inne samochody uciekających Niemców przejechały p. Mostowika na wałach nad Wisłą. Potem wszyscy mieszkańcy modlili się nad jego zwłokami w piwnicy. W tym czasie radzieccy żołnierze idący za Niemcami mimo mroźnej zimy spali na śniegu przed blokami i za zegarki próbowali uzyskać coś do jedzenia.
Tragedia, tyle że po wojnie, nie ominęła mojej rodziny. 1 lutego 1946 r. mojego dziadka, szefa PPS w tym rejonie, Urząd Bezpieczeństwa wyprowadził z domu i już tam nie wrócił. Babcia i jej córki przez miesiąc szukały go bezskutecznie. Tylko dzięki życzliwość jednego z profesorów Uniwersytety Jagiellońskiego, na którym wtedy moja matka studiowała prawo, dowiedziała się ona o przywiezieniu nocą transportu wielu zwłok do prosektorium. I znalazła między nimi ciało ojca. Dziadek najprawdopodobniej był jedną z ofiar komunizmu - nowo rodzącego się ustroju i walki PPS-u z PPR-em. Moja matka wspominała o rozlicznych przesłuchaniach na UB, przez które po śmierci swojego ojca musiała przejść. W konsekwencji mimo studiowania musiała zacząć pracować, aby utrzymać matkę chorą na depresję i swoją siostrę uczącą się wówczas u ss. prezentek, a potem studiującą na AGH.
Po wojnie moja rodzina uczestniczyła w życiu kościoła parafialnego w Dębnikach i w życiu oddanej do kultu w 1947 r. kaplicy na Łosiówce. Z opowiadań tamtego pokolenia mam jeszcze takie wspomnienie, że z okazji prymicji naszego sąsiada, salezjanina ks. Jana Palusińskiego, mieszkańcy bloku nr 63 zrobili składkę i kupili mu rower.
A co się działo za moich czasów? Ja jestem pokoleniem grubo powojennym czyli z lat sześćdziesiątych, które można określić jako „dziecko Łosiówki“. Dlaczego? Moje wspomnienie Łosiówki to wspomnienie drugiego domu i pewnego rodzaju pedagogiki. Gdy byłam dzieckiem szkolnym, a szkoła podstawowa była na Praskiej nr 64 (obecnie jest tam Ośrodek Specjalny), to wtedy chodziliśmy po lekcjach w szkole na religię do salki katechetycznej przy kościele na Łosiówce. Religię od pierwszej klasy miałam z salezjaninem ks. Janem Krawcem. On też przygotowywał nas do Pierwszej komunii św. Na obecnym parkingu były piękne kamienne postumenty ze ślimakowatymi ornamentami, a schodów zewnętrznych do kościoła  jeszcze nie było. Korzystano tylko z bocznej, zabudowanej klatki schodowej. Ks. Krawiec przed rozpoczęciem lekcji religii stawał na tych podwyższeniach i wolał do nas - "Boicie się czarnego luda?" My radośnie krzyczeliśmy „Nie” i rozbiegaliśmy się po ogromnych pryzmach opadłych liści, a ksiądz biegał za nami. To był taki moment gimnastyki i wprowadzenia do katechezy. A potem grzecznie zdawaliśmy kolejną partię Katechizmu.
Oratorium salezjańskie to wspomnienie radości z wielu rzeczy. To lodowisko prawie każdej zimy na terenie obecnego boiska. To ping-pong na sali teatralnej, gry, kuligi w Witowie, zimowiska w okresie ferii zimowych. Działały grupy formacyjne. Jedną z nich prowadzili ówcześni klerycy bracia Kaźmierczakowie, a ja w niej uczestniczyłam. Większość dzieci i młodzieży z osiedla przygotowywała coroczne Jasełka. W przedstawieniu występowali Krakowiacy i Górale, Herod i Święta Rodzina. Były też ogromne tłumy ludzi przybywające na to przedstawienie.
W ówczesnym czasie było około setki kleryków w seminarium na Łosiówce. którzy ok godz. 19. chodzili wałami nad Wisłą odmawiając różaniec. Klerycy wystawiali corocznie śpiewane Misterium Męki Pańskiej wg ks. Chlondowskiego i ks. Harazima. Nie zliczę ile razy byłam na spektaklu, a ówczesna scenografia i reżyseria bardzo przemawiały do mojej wyobraźni. Niejednokrotnie płakałam podczas Misterium, a kwestie aktorów znałam na pamięć. Jako dzieci i dorastające nastolatki biegaliśmy też do salezjanów, aby z nimi porozmawiać. Wokół ogrodzenia ogrodu salezjańskiego poczciwy ks. Sylwester Rajzer sadził rozliczne krzaki poziomek, a na ogrodzeniu przytwierdzał karteczki z napisem „Dla dzieci”, co było naprawdę urocze. Nie trzeba ukrywać, że także buszowaliśmy po ogrodzie salezjańskim za zgodą ks. Rajzera zbierając maliny i jabłka. W ogrodzie tym było też boisko do siatkówki, z którego chętnie korzystaliśmy.
Przez te wszystkie lata dorosłam, wraz z moimi rówieśnikami z bloków, do wyjazdów formacyjno-animacyjnych z ks. Czesławem Jabłeckim i wyjazdów bardziej formacyjnych z tzw. Oratorium z ks. Józefa Marszałka. W tym czasie wyrosło z nami pokoleniowo grono alumnów seminarium, z którymi nawiązywaliśmy znajomości, a z niektórymi nawet przyjaźnie. Poznawałam też zmieniających się rektorów i innych wychowawców seminarium salezjańskiego, Rozmowy z salezjanami były czasami bardzo poważne, bo dotyczyły np. Kanta czy Nietzschego. Korzystałam wielokrotnie z fachowej literatury biblioteki salezjańskiej w czasach, kiedy trudno było o książki lub nie było na nie pieniędzy.
Dzięki formacji salezjańskiej mogłam bardzo dojrzeć i zrozumieć fenomen pedagogiki ks. Bosko. Dzisiaj sądzę, że na to jakim jestem człowiekiem miało ogromny wpływ środowisko salezjańskie i ludzie, których tam spotkałam i spotykam. Pomogła mi religia z ks. Aleksandrem Karkoszką czy ks. Marianem Królem oraz uczestnictwo w początkach powstawania organizacji SALTROM (Salezjańska Troska o Młodzież) i zmaganiach ks. Kazimierza Kuca w pracy z trudną młodzieżą. Teraz dobrze rozumiem jego wysiłki pracując z ludźmi z głębokimi zaburzeniami osobowości. Rosłam wraz ze zmianami na Łosiówce. W mojej pamięci pozostaną również na zawsze wspomnienia „biegania na Roraty”; pragnienie zobaczenia figurki małego Jezusa, który po stopniach schodzi codziennie coraz niżej; dziecięca chęć dostania w nagrodę małego żłóbka z leżącym Jezuskiem; procesje rezurekcyjne po wałach nad Wisłą wraz orkiestrą kleryków.
W międzyczasie założyłam rodzinę i moje dziecko przystąpiło do Pierwszej Komunii św. i do bierzmowania u salezjanów, ale to już nowsza historia. W moim odczuciu intensywność życia na Łosiówce była do 1999 r. Później wszystko jakoś dla mnie przygasło. Wielu ludzi rozpierzchło się w różne strony świata, w różne miejsca. Weszły nowe role życiowe. Wydaje się, że wraz z Wolontariatem Misyjnym i wspólnotą „Ziemią Boga” wróciło życie z całą mocą. Historia zatacza koło i znów jestem na Łosiówce, tym razem w „Ziemi Boga” w zupełnie innej fazie mego życia.

Kinga Gaudyn