Dzień pierwszy - poniedziałek 4.07.2011
Nasza wakacyjna przygoda rozpoczyna się o poranku gdy na wyznaczonym miejscu zbiórki pojawiają się pierwsi uczestnicy wyjazdu. Po kilkugodzinnej podróży około południa docieramy na miejsce - do Górzanki. Po późnym śniadaniu i rozlokowaniu się w pokojach wyruszamy na mały rekonesans po okolicy. Górzanka (istniejąca już w XV w. pod nazwą Wołkowyja Mała) to niewielka wioska, sąsiadująca z Wołkowyją, położoną nad Jeziorem Solińskim. Zabudowania ciągną się wzdłuż potoku Wołkowyjka dnem doliny między dwoma pasmami wzgórz. Przechodzimy przez wieś, zaglądamy (przez kratę) do drewnianej cerkwi grekokatolickiej z początku XIX w. p.w. św. Paraskewii - Wielkiej Męczennicy, obecnie kościoła rzymsko-katolickiego p.w. Wniebowstąpienia Pańskiego dla utworzonej tutaj parafii - jednej z najmniejszych w Polsce (ok. 260 osób). Potem ruszamy w górę z zamiarem dotarcia na Wierchy, z których mamy podziwiać panoramę Jeziora Solińskiego - przynajmniej tak wynika z naszej mapy. Niestety, oznakowanie w terenie nie nadąża za oznakowaniem na mapie (wydanej na sezon 2011/2012 !) i ścieżka dydaktyczna, którą mamy iść, jeszcze nie została wyznakowana a na środku drogi, którą ma prowadzić szlak, stoi brama do szczelnie ogrodzonej szkółki leśnej. Musimy zastosować wariant awaryjny i obejrzeć inną panoramę - bez Jeziora. Mimo niepokojącego momentami zachmurzenia prawie uchodzi nam na sucho. W drodze powrotnej Stasia pracowicie komponuje piękny bukiet polnych kwiatów. Wkrótce, na prowadzonej przez nią konferencji, okazuje się, że jest to bukiet „dydaktyczny” będący obrazem naszej Wspólnoty. Tak, na prowadzonej przez Stasię konferencji ponieważ tym razem nasze rekolekcje musieliśmy przygotować sami. Nie było z nami ks. Stanisława, który zawsze wszystko miał perfekcyjnie przygotowane i tylko rozdzielał nam zadania. Co więcej nie ma z nami na razie żadnego księdza bo ks. Robert, który ma uczestniczyć w naszych rekolekcjach, właśnie dzisiaj przejmuje Łosiówkę we władanie. W związku z tym po konferencji wybieramy się do kościoła w Wołkowyi na wieczorną Mszę Św. a po niej na rozmowę z ks. wikarym o umożliwieniu nam odprawiania Mszy po przyjeździe „naszego” księdza oraz na inne bieszczadzkie tematy. Wieczorem w ramach przygotowania do następnego dnia - film „Brat naszego Boga” i pora spać.
Dzień drugi - wtorek 5.07.2011
Dzisiaj dzień Kasi z niespodzianką od ks. Stasia. Przed śniadaniem jutrznia prowadzona przez Stanisławę. Po śniadaniu jedziemy do Rymanowa Zdroju gdzie czekają już na nas przewodniczki. Z nimi jedziemy do Rudawki Rymanowskiej w miejsce gdzie Wisłok ocierając się o zbocze zalesionej góry odsłania jej przekrój o pofałdowanej, typowej dla fliszu karpackiego fakturze. Tuż obok ze skał spływa potok tworząc kilkumetrowy wodospad. Z zaskoczeniem dowiadujemy się, że to miejsce - obecnie będące popularnym celem wyjazdów „nad rzekę” - było jednym z ulubionych miejsc kardynała Karola Wojtyły, gdzie wielokrotnie przed 1978 rokiem przyjeżdżał i do którego później porównywał inne miejsce, w których dane mu było przebywać. Również wiersz „Źródło” i fragmenty „Tryptyku Rzymskiego” odnoszą się do tej góry, tego lasu i tego potoku. Mimo warunków raczej niesprzyjających kąpieli Stasia zdejmuje buty i po fliszowym progu przechodzi na drugą stronę Wisłoka aby z bliska poczuć atmosferę wodospadu. Ale to nie koniec niespodzianek. W kościółku w pobliskich Pastwiskach, którego budowa w tamtych czasach oficjalnie była budową owczarni, znajdują się dary od Ojca Świętego Jana Pawła II - m.in. ofiarowana po zamachu w 1981 roku figurka Matki Bożej Fatimskiej przekazana Ojcu Świętemu z Fatimy oraz tabernakulum i rzeźba Św. Józefa. Kilkaset metrów dalej mieszka przyjaciel Jana Pawła II - Pan Stefan Kosiarski, autor książki „Tego nie mogę zapomnieć”, osoba dzięki której pobyt kardynała Karola Wojtyły w tym miejscu mógł stać się faktem. Mamy okazję zakupić książki, otrzymać dedykację a także posłuchać opowieści o spotkaniach Pana Kosiarskiego najpierw z kardynałem Karolem Wojtyłą a później z papieżem Janem Pawłem II. Z tego wszystkiego ledwie zdążamy na Mszę do Wołkowyi. Radośnie wymieniamy się uwagami, że jesteśmy dziś (może dlatego, że to taki „papieski” dzień) pod szczególną opieką - mimo zmiennej aury (od słońca do ulewnego deszczu) zwykle pada gdy jesteśmy pod dachem lub w samochodach a jak wychodzimy - przestaje. Po obiadokolacji oglądamy „Prostą historię” a potem czekamy na przyjazd ks. Roberta, który z naszym kolegą Marianem wieczorem wyruszył z Krakowa. Docierają szczęśliwie około drugiej w nocy i możemy iść spać.
Dzień trzeci - środa 6.07.2011
Pogoda od rana delikatnie mówiąc „pod psem” czyli leje. Po jutrzni i śniadaniu starając się nie obudzić ks. Roberta wyruszamy do Sanoka zwiedzić Muzeum Budownictwa Ludowego czyli Skansen. Ten wariant daje nam szansę na przebywanie od czasu do czasu w suchych zabytkowych pomieszczeniach - a pod względem ilości obiektów jest to największy skansen w Polsce - zatem na deszczu też przebywamy tylko od czasu do czasu. Dzięki uprzejmości dyrekcji możemy przejść przez będący w budowie Galicyjski Rynek co oznacza kilkaset metrów po bruku a nie w błocie po kostki. Jesteśmy wzruszeni. Wybrany przez nas przewodnik, znany nam już z poprzedniej wizyty, oprowadza nas wyjątkowo dokładnie więc gdy kończymy zwiedzanie zostaje nam już niewiele czasu na wystawę ikon, degustację regionalnych potraw w karczmie przy skansenie i na szybkie zakupy. Po Mszy konferencja prowadzona przez Renię przy współpracy z Halinką i Marianem, kilka słów ks. Roberta i film „Po prostu razem”. Podbudowani optymistyczną prognozą pogody na jutro idziemy spać.
Dzień czwarty - czwartek 7.07.2011
Tym razem zaczynamy od Mszy Św. połączonej z jutrznią, odprawianej przez ks. Roberta w kościele w Wołkowyi. Po śniadaniu wyjazd. Z parkingu na Przełęczy Wyżnej nad Berehami Górnymi wyruszamy na Połoninę Wetlińską (1255 m n.p.m.) - chyba najpopularniejszą bieszczadzką połoninę. Grupa spragniona chodzenia po Bieszczadach świetnie sobie radzi a nie jest łatwo bo chociaż szlaki na odkrytym terenie już podeschły to w lesie woda płynąca całą szerokością drogi albo droga biegnąca potokiem (kwestia interpretacji) jest czymś normalnym a do podejścia blisko 400 m. Przed dotarciem do Schroniska PTTK Chatka Puchatka na Połoninie Wetlińskiej (1228 m n.p.m.) mamy (przynajmniej niektórzy) okazję do bliskiego spotkania z wyjątkowo fotogenicznym jeleniem Filipem. Po krótkim odpoczynku ruszamy na kulminację połoniny i stamtąd podziwiamy piękną panoramę. Panujące warunki nie pozwalają nam dostrzec Tatr ale i tak widok połonin z szybko przemieszczającymi się cieniami chmur jest urzekający. Pora wracać. Dodatkową atrakcją jest śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, który ląduje przy Chatce Puchatka wezwany do turystki, która zasłabła. Zejście do parkingu idzie nam sprawnie, dojazd na obiadokolację też. Wykorzystując dobrą pogodę wieczorne konferencje Reni i ks. Roberta organizujemy na świeżym powietrzu w altance. A przed snem dla odprężenia po wyczerpującym dniu „Mamma Mia”.
Dzień piąty - piątek 8.07.2011
Tak jak w czwartek zaczynamy od Mszy Św. z jutrznią w Wołkowyi. I znowu po śniadaniu wyjazd. Tym razem z parkingu na Przełęczy Wyżniańskiej wyruszamy na Wielką Rawkę (1307 m n.p.m.) - najwyższy szczyt w paśmie granicznym Bieszczadów. Najpierw wygodną drogą do Bacówki PTTK pod Małą Rawką, potem mozolne, strome podejście na Małą Rawkę. Gdy tylko wychodzimy z lasu zaczyna ostro wiać tak, że niektórzy (zwłaszcza Stasia i Stanisława) próbują nawet latać w stylu Titanica. Nie zrażeni silnym wiatrem docieramy na Wielką Rawkę. Tuż przed szczytem zwracamy uwagę na betonowy słup - stanowisko geodezyjne i element sieci triangulacyjnej I rzędu z czasów austriackich - wtedy Wielka Rawka była najważniejszym punktem tej sieci w Bieszczadach. Mamy też okazję podziwiać równocześnie panoramę Polski, Ukrainy i Słowacji gdyż tylko około dwa kilometry dzielą nas od Krzemieńca - szczytu, na którym zbiegają się granice tych trzech państw. Po odmówieniu Koronki do Miłosierdzia Bożego z uwagi na pogarszającą się pogodę rozpoczynamy odwrót. I znowu jesteśmy pod dobrą opieką bo dopiero gdy wsiadamy do samochodów zaczyna padać. W Górzance witają nas: Gabrysia oraz Martynka (2x) ze Stasiem. Przy blasku błyskawic (chyba jako rekompensacie za wyłączony prąd) siadamy wszyscy do pstrąga (a nie jest to filet). Na szczęście wszystko dobrze się kończy. Resztę wieczoru spędzamy częściowo przy świecach oglądając wspomnienia z papieskich pielgrzymek i dzieląc się naszymi wspomnieniami związanymi z Janem Pawłem II. Około północy przyjeżdżają: Ewelina z Jasiem i Maja z Wojtkiem. Jesteśmy w komplecie.
Dzień szósty - sobota 9.07.2011
Zachęceni przez naszych gospodarzy jedziemy odprawić poranną Mszę do Łopienki, nieistniejącej już bieszczadzkiej wsi założonej w XVI w. po której pozostała tylko cerkiew z połowy XVIII w. zbudowana z nieobrobionego kamienia - najstarsza i obecnie jedyna taka w Bieszczadach. W środku kopia cudownego obrazu Matki Bożej Łopieńskiej, który przez ponad 200 lat przyciągał tu tłumy pielgrzymów. Łopienka była wówczas jednym z najważniejszych sanktuariów maryjnych w diecezji przemyskiej - wraz z Kalwarią Pacławską i Starą Wsią pod Brzozowem - oraz centrum kultu maryjnego na całe zachodnie Bieszczady. Otwarta dla wszystkich świątynia odnawiana systematycznie od blisko 30 lat po zniszczeniach okresu powojennego zaskakuje nas bardzo dobrym stanem i … bardzo chłodnym wnętrzem. Przydają się ciepłe okrycia a nawet koce. Po Mszy robimy sobie pamiątkowe zdjęcie w pełnym składzie i ruszamy na śniadanie przyglądając się po drodze stalowym retortom do wypalania węgla drzewnego. Ponieważ ks. Robert musi nas dzisiaj opuścić dlatego po śniadaniu i rozpoczęciu przez Dorotkę dnia „rodzinnego” słuchamy przygotowanej dla nas konferencji i urządzamy oficjalne pożegnanie. To ostatni dzień chodzenia po Bieszczadach cóż więc innego wypada dzisiaj zdobyć jak nie ich najwyższy szczyt - Tarnicę (1346 m n.p.m.). Jedziemy do Wołosatego i ruszamy na szlak. Na granicy lasu postój, jeszcze jedna spontaniczna konferencja ks. Roberta, Koronka (Dorotka wypatrzyła kapliczkę na pobliskim drzewie) i czas się rozstać. Trzy osoby schodzą do Wołosatego a reszta zawzięcie drapie się do góry. Nikt się nie przejmuje tym, że do podejścia jest blisko 700 m. Nagrodą za nasz trud jest piękna pogoda i wspaniałe widoki, najpierw ze szczytu Tarnicy a potem z grzbietu Szerokiego Wierchu. Na szlaku towarzyszą nam wybrane słowa Jana Pawła II o miłości i małżeństwie. W Ustrzykach Górnych jesteśmy o zachodzie słońca, wsiadamy do samochodów i już około 22 meldujemy się na obiado(?)kolacji. Potem jeszcze pożegnalny grill w altance (podziękowania dla Piotrusia dbającego o poziom ognia i rotację kiełbasek) i nocne „rodzinne” Polaków rozmowy.
Dzień siódmy - niedziela 10.07.2011
Ostatni dzień w Bieszczadach. Na Mszę idziemy do miejscowej cerkiewki czyli kościółka do którego zaglądaliśmy w poniedziałek. Tym razem mamy okazję wejść do środka. Duże wrażenie robi zachowany płaskorzeźbiony ikonostas - uchodzący za absolutną rzadkość w skali Karpat. Górną część pozostawiono na swoim miejscu dolną zaś obrócono i ustawiono wzdłuż bocznej ściany prezbiterium obok ołtarza. Zwracamy uwagę na tradycyjny układ w ławkach - po lewej siedzą panie, po prawej panowie (z małymi wyjątkami jak np. nasza grupa). Po Mszy trochę szybkich zdjęć bo kościółek jest sprawnie zamykany i zmierzamy na pożegnalne śniadanie. Zbliża się czas wyjazdu. Pakujemy rzeczy do samochodów. Na ostatnim już wspólnym spotkaniu „drużynowa” Renia krótko podsumowuje kończące się rekolekcje dziękując wszystkim za udział i zaangażowanie a „drużyna” rewanżuje się podziękowaniem za organizację i czuwanie nad całością tych, po raz pierwszy tak „naszych” rekolekcji. Jeszcze pożegnanie z gospodarzami (Gabrysia wzbogaciła nasz wpis do „księgi pamiątkowej” o stylowe logo Ziemi Boga), kolejne wzajemne pożegnania i pora w drogę. Nasza grupa zatrzymuje się jeszcze w Rymanowie Zdroju. Spacerujemy po parku zdrojowym, kosztujemy leczniczych wód w pijalni a potem idziemy na pizzę, której długo nie zapomnimy (zwłaszcza z uwagi na czas oczekiwania) i wyruszamy do Krakowa. Około godziny 21 meldujemy się na Łosiówce gdzie wita nas ks. Robert.
I to już koniec naszych rekolekcji. Pora wracać do codzienności ale to co przeżyliśmy, czego doświadczyliśmy i jak się zmieniliśmy równocześnie prowadząc i uczestnicząc w tych rekolekcjach pozostanie w nas na długo, może na zawsze.
Z Panem Bogiem.
Mietek
Nieliczna grupa poststudentów dołączyła do grupy dorosłych w piątek i wieczór mijał nam już w iście rodzinnej atmosferze. Burza szalejąca na zewnątrz oraz brak prądu zwiększały tylko atrakcyjność naszego spotkania, które rozjaśniały zarówno świece jak i słowa Błogosławionego Jana Pawła II wybrane z homilii wygłaszanych podczas pielgrzymek do Polski. Punktem kulminacyjnym wieczoru, który sprawił, że można się było poczuć rzeczywiście jak przy rodzinnym stole, okazały się dzielenia wspomnieniami naszych własnych spotkań, wydarzeń i anegdot związanych z Janem Pawłem II. Opowiadając czy słuchając relacji można było się jeszcze raz na chwilę przenieść do tamtego minionego czasu i poczuć tę radość, ekscytację, a zarazem pokój jaki przynosiły nam tamte wydarzenia.
Sobotę rozpoczęliśmy w oddalonym o 6 km kamiennym i łagodnie to ujmując zimnym kościele. Na szczęście ksiądz się nad nami ulitował i powiedział dosadne, ale krótkie kazanie. Po Mszy św. chwila rozgrzewki na cieplutkim słoneczku i zaraz z uśmiechem na twarzy ruszaliśmy już na śniadanie.
Z przyczyn odgórno-organizacyjnych nasze wyjście w góry przesunęło się na godzinę lekko po czternastej. Jednak absolutnie nie zmąciło to ducha chęci dotarcia na sam szczyt Tarnicy. W trakcie naszej wędrówki ksiądz Robert musiał zawrócić ze szlaku, gdyż czynniki od niego niezależne wzywały go już do Krakowa. Zanim jednak tak się stało dostaliśmy jeszcze na koniec w prezencie konferencję na temat roli matki i ojca przy dziecku od samego poczęcia oraz wpływu naszego wychowania na przyszłe życie rodzinne. Rozbudzone umysły sprawiły, że dalsza droga przebiegała nam wśród licznych dyskusji na tematy związkowe i rodzinne, a urozmaicały je urokliwe widoki otaczających nas bieszczadzkich gór i lasów.
Po kilku zerknięciach za siebie udało nam się w końcu wszystkim z satysfakcją dotrzeć do celu. Tarnica zdobyta. Na szczycie wysłuchaliśmy jeszcze Jana Pawła II mówiącego głosem Mietka Michalskiego na tematy dalszych rozważań o przygotowaniach do małżeństwa i roli małżonka i rodzica, a potem jeszcze pamiątkowe zdjęcie i szukamy windy co by nas zwiozła na dół. Z lekkim rozczarowaniem dotarło do nas, że jedyny transport z powrotem to ten na własnych nogach. Humory dopisywały do samego końca i na szczęście wszyscy cali i zdrowi dotarliśmy na kolację do domu już na 22, potem jeszcze grillowa kiełbaska i rozmowy, które pewnie mogłyby trwać do białego rana, ale rozsądek nakazywał aby odpocząć przed jutrzejszą podróżą powrotną do Krakowa.
Martyna
Oto właśnie wróciliśmy z kolejnych wakacyjnych rekolekcji naszej grupy. Tym razem gościliśmy we wsi Górzanka w Bieszczadach czyli w jednym z piękniejszych zakątków naszego kraju. Tematem rozważań rekolekcyjnych było Słowo zawarte w księgach Izajasza 1,1-20 oraz Ezechiela 23,1-49 odkrywane przy pomocy nauczania Jana Pawła II. Osobiste i wspólne modlitwy, codzienne uczestnictwo we Mszy św., konferencje prowadzone przez uczestników, wzajemna troska i bycie we wspólnocie, obejrzane filmy, rozmowy, a także - i może przede wszystkim – wędrówki i wzbudzający zachwyt bliski kontakt z bieszczadzką przyrodą pomagały w kontemplowaniu Boga i piękna Jego stworzenia. W pamięci pozostały w szczególności widoki rozległych połonin, łąk usłanych kwiatami, pasących się koni, drzew i traw mieniących się różnymi kolorami zieleni.
Nauczanie Jana Pawła II i wspomnienia związane z jego osobą stanowiły bardzo ważny wątek podczas rekolekcji. Niezwykłym wydarzeniem okazało się spotkanie z panem Stefanem Kosiarskim, przyjacielem Ojca Świętego. Gościliśmy u niego w domu, słuchaliśmy opowieści o jego przyjaźni z Karolem Wojtyłą, wędrowaliśmy do miejsc, które odwiedzał przez dwadzieścia lat, zanim został papieżem. Z tego miejsca został wezwany na pamiętne konklawe do Rzymu. Tu także powstawał poemat „Tryptyk rzymski” - dla wielu, ulubiony spomiędzy jego poetyckich dzieł:
„...Zatoka lasu zstępuje
w rytmie górskich potoków...
Jeśli chcesz znaleźć źródło,
musisz iść do góry, pod prąd.
Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj,
wiesz, że ono musi tu gdzieś być —
Gdzie jesteś, źródło?... Gdzie jesteś, źródło?!...”
Ta zatoka lasu. Potok, po drugiej stronie strumień spływajacy z gór. Byliśmy przy tym strumieniu. Niektórzy z nas podeszli nawet bardzo blisko. Dostać się tam nie było tak łatwo, ale okazało się to możliwe. Wystarczyło zdecydować się, zostawić zbędny balast, zdjąć buty, podwinąć nogawki, zaufać, że wszystko się uda, uwierzyć i podjąć drogę. W takich oto prostych, drobnych sytuacjach rodziły się głębokie wewnętrzne odczucia i przemyślenia.
Dodatkowo, razem z grupą post-studentów słuchaliśmy relacji z pielgrzymek naszego papieża do Polski. Rozważaliśmy co nam wtedy przekazał i wspominaliśmy na nowo radość i ekscytację tamtych czasów.
Jak zwykle podczas rekolekcji każdy był za coś odpowiedzialny. Za modlitwy poranne - Stanisława, za trasy wycieczek - Mieczysław, za różne konferencje - poszczególni uczestnicy.
A nad całością z powodzeniem czuwała Renia. Organizacyjnie udało się nam to przygotować i poprowadzić z zadowoleniem. Te dni miał spędzić z nami nasz kochany ks. Stanisław, ale jego obowiązki niestety na to nie pozwoliły. Jego brak był dla nas odczuwalny - przez cały czas rekolekcji gościł w naszych sercach, wspomnieniach i modlitwach. Z tego braku na szczęście wynikło dla nas nowe dobro. Okazała się nim obecność ks. Roberta, z całą jego mądrością, łagodnością i gotowością służby.
Górzanka okazała się wyjątkowym miejscem. Przeżyliśmy tu niezwykłe rekolekcje. Oczyściliśmy się z wszystkiego co nazbierało się przez cały rok. Wyciszyliśmy się i przemieniliśmy wewnętrznie. Zacieśniliśmy więzy między sobą. Pewne rzeczy zrozumieliśmy głębiej.
“Bardzo przemówiło do mnie, przytoczone przez Stasię, porównanie naszej wspólnoty do bukietu kwiatów, a każdego z nas do pojedynczego kwiatka. Uświadomiło mi, że naprawdę to każdy z nas tworzy tę wspólnotę oraz jest odpowiedzialny za jej piękno i charyzmat”
Renata
Zbliżyliśmy się do Boga. Poczuliśmy Jego subtelną obecność. To napełniło nas pokojem, zachwytem, miłością i wiarą. Teraz jesteśmy pełni radości, nadziei i nowych sił do pracy.
Rekolekcje z pewnością wpłynęły na najbliższe miesiące naszego życia. Spełniły wiązane z nimi oczekiwania, a w odczuciu wielu nawet je przerosły.
Na podstawie relacji uczestników
opracowała
Stasia Kotyla
Zdjęcia z wyjazdu rekolekcyjnego w Górzance są do obejrzenia w galerii.
